Jubileusz Tamina

Piotr Beczała

Rozmowa z Piotrem Beczałą, światowej sławy śpiewakiem operowym, który 20 lat temu debiutował podczas Salzburger Festspiele.

JŁZ: Czy debiut podczas Salzburger Festspiele był milowym krokiem w pana karierze?

PB: Rok 1997 był dla mnie szczególny, bo podpisałem trzyletni kontrakt w Zurychu i niespodziewanie zadebiutowałem w Salzburgu w roli Tamina, z powodu choroby jednego z kolegów. Tamta inscenizacja Czarodziejskiego fletu była trudna i wymagała olbrzymiej koncentracji, ale wszystko się udało. Od tamtej pory zacząłem dostawać ciekawe propozycje od organizatorów festiwalu.

JŁZ: Krążyły pogłoski, że ma pan być nowym Lohengrinem w Bayreuth.

PB: Miałem tam śpiewać w nowej inscenizacji Lohengrina w 2018 r., z Anią Netrebko, ale na razie ten projekt nie dojdzie do skutku. Rok temu zadebiutowałem jako Lohengrin w Dreźnie. Christian Thielemann namawiał mnie na to od pięciu lat, ale ja musiałem dojrzeć do tej decyzji. Muzyczny świat Wagnera jest wciągający i trochę niebezpieczny; jeśli podasz palec, stracisz całą rękę. Dostawałem też inne propozycje ról wagnerowskich z Metropolitan Opera i z Covent Garden (w nowej inscenizacji Śpiewaków Norymberskich), ale na razie pozostanę przy Lohengrinie. Uchodzi on za najbardziej „włoską” z oper Wagnera, w której partie wokalne przypominają bel canto. Był zresztą bardzo popularny, wystawiano go we Włoszech po włosku, we Francji po francusku, również w Polsce po polsku. Jestem posiadaczem wspaniałego, polskiego, XIX-wiecznego tłumaczenia libretta, które podarował mi dyrygent Łukasz Borowicz.

JŁZ: W trakcie przedstawień zdarzają się na pewno zabawne sytuacje?

PB: Istnieje zwyczaj, że podczas ostatniego spektaklu z danej serii robimy sobie dowcipy. Na przykład w pierwszej scenie Eugeniusza Oniegina, realizowanego w Nowym Jorku, w którym śpiewałem partię Leńskiego, wchodziłem na scenę ze słoikiem konfitur i podawałem go Łarinie (Anna Netrebko), po czym słoik stał na stole do końca aktu. Przed ostatnim spektaklem kupiłem w polskim sklepie słój ogórków kiszonych i nakleiłem na nim etykietkę z wizerunkiem Ani i Mariusza Kwiecienia, oraz podpisem „Ogórki Leńskiego”. Kiedy w trakcie spektaklu wniosłem słoik na scenę jako prezent, Anna po prostu otworzyła go i dała Mariuszowi jednego ogórka.

JŁZ: Parę lat temu nagrał pan płytę z utworami operetkowymi, m.in. autorstwa Richarda Taubera, którego przypomniał pan publiczności. Podobno śpiewacy operowi nie powinni zajmować się operetką, bo to hamuje ich rozwój wokalny?

PB: To stereotyp, dotyczący nie tylko operetki, lecz i pieśni, z którymi też przecież występuję. Tauber był dla mnie pretekstem, żeby odkryć i pokazać operetkę na nowo. Ale nie tylko on, również nasz Jan Kiepura i wielu innych, którzy do lat 70-tych śpiewali w operetkach, dbając o popularność i wysoki poziom tego gatunku. W latach 80-tych i 90-tych nastąpiła jej degradacja, bo w teatrach przestano robić porządne produkcje. Powstawały wtedy małe zespoły, które organizowały spektakle operetkowe możliwie jak najmniejszym kosztem. W efekcie, z roku na rok spadał ich poziom. Moja płyta była impulsem, który doprowadził do przerwania tego negatywnego procesu. Niedługo potem również Jonas Kaufmann i Klaus Florian Vogt nagrali płyty z utworami operetkowymi. W czerwcu i w lipcu śpiewam w Krainie uśmiechu Franza Lehara w Zurychu pod dyrekcją Fabia Luisiego. Będzie to na pewno operetka na najwyższym poziomie, z udziałem wspaniałych śpiewaków.

JŁZ: Jak pan ocenia warunki akustyczne w Elbphilharmonie?

PB: Sala koncertowa ze sceną pośrodku i widownią dookoła nadaje się bardziej do muzyki symfonicznej, niż wokalnej, bo śpiewak przecież musi projektować dźwięk w określonym kierunku. Ale być może kiedyś zaśpiewam tam koncert solowy. Tymczasem wystąpiłem w małej sali z już ósmym recitalem pieśniowym w tym roku. Bardzo lubię stare, klasyczne sale koncertowe, jak np. Musikverein we Wiedniu i w Grazu, czy Concertgebouw w Amsterdamie. Ostatnio miałem okazję przekonać się, jak wspaniała jest akustyka koncertowa Teatru Wielkiego w Warszawie. W 2018 r. wystąpię z recitalem w Canergie Hall w NY, gdzie pieśni powinny zabrzmieć równie dobrze.

JŁZ: Dlaczego spośród polskich kompozytorów wybrał pan do programu Mieczysława Karłowicza?

PB: Z Karłowiczem, który skomponował 23 pieśni, w tym większość z nich w Berlinie, odczuwam swego rodzaju muzyczną więź. Jedenaście lat temu nagrałem też płytę z pieśniami Karola Szymanowskiego, którego ogromnie cenię. Obecnie przygotowujemy z moim pianistą Helmutem Deutschem nowy program na Schubertiadę. W pierwszej części zaprezentujemy pieśni włoskie Respighiego, Wolf-Ferrariego i Donaudy‘ego, a w drugiej polskie Szymanowskiego, Moniuszki i Chopina.

JŁZ: Jak często występuje pan w Polsce?

PB: Obiecałem sobie i polskiej publiczności, że przynajmniej raz w roku zaśpiewam w Polsce i jak dotąd udaje mi się dotrzymywać słowa. W styczniu wystąpiłem w Katowicach, w nowej sali NOSPR-u i niedawno w Teatrze Wielkim z recitalem pieśni. Czasami udaje mi się „wykroić” dodatkowy termin, w dniach pomiędzy spektaklami, albo w początkowym okresie prób. W tej chwili przygotowuję nowe projekty. W jesieni debiutuję jako Maurizio w Adrianie Lecouvreur we Wiedniu, w styczniu 2018 r. jako Don Jose w Carmen, następnie śpiewam w Luisie Miller Verdiego w Metropolitan Opera. 2019 jest Rokiem Moniuszkowskim, biorę więc udział w projekcie, nad którym pracowałem 6 lat: w wystawieniu Halki w Theater an der Wien, pod dyrekcją Łukasza Borowicza i reżyserii Mariusza Trelińskiego. Właśnie powstaje nowe, muzyczne opracowanie partytury utworu. Chcemy zainteresować świat polską operą, która z pewnością jest tego warta.

JŁZ: Dziękuję za rozmowę.

 

 


Jolanta Łada-Zielke