Głosowanie nogami 

czy tylko polska specjalność?

Rozpolitykowani jesteśmy niemożebnie, a każdy z nas to znawca absolutny, ani na jotę od racji swych nieodstępujący. Cechuje nas doskonała orientacja i szeroka wiedza przekładająca się na gotowość objęcia, praktycznie od zaraz, dowolnego ministerialnego, a nawet prezydenckiego fotela.

Najgłośniej politykują ci, którzy do wyborów nie chodzą wcale lub mają tak rozchwiany światopogląd, że zanim się zdecydują, jest już po wyborach. Jak zwał, tak zwał – przynajmniej połowa z nas nie głosuje, roszcząc sobie jednak prawo do powyborczych ocen i osądów.

Najczęstsze przedwyborcze pytanie, stawiane wśród bliższych i dalszych znajomych nie brzmi – jakby się wydawało – Na kogo będziesz głosował?, ale: – Czy idziesz na wybory? W odpowiedzi, słyszymy przeważnie: – Po co? Przecież to nic nie zmieni!

Zaraz po wyborach dajemy jednak wyraz naszemu oburzeniu, twierdząc, że do władzy doszli ci, których ugrupowanie uzyskało zaledwie kilkanaście procent poparcia ogółu uprawnionych do głosowania. Bez odrobiny samokrytycyzmu czepiamy się zwycięzców, oczekując od nich… no właśnie czego? – podania się do dymisji, a może oddania władzy przegranym?

Tymczasem prawda jest banalnie prosta – zawiniliśmy sami „głosując nogami”, czyli nie idąc do lokalu wyborczego. Połowa olaków nie bierze udziału w głosowaniu do Sejmu i Senatu oraz na prezydenta, a tylko nieco ponad 20 proc. głosuje w wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Jak to wygląda w porównaniu z innymi? Mimo wszystko, nie tak źle. Przegrywamy co prawda z Belgią i Luxemburgiem, gdzie frekwencja sięga 90 proc., ale tam jest przymus wyborczy z karami pieniężnymi w tle. Porównywalni jednak jesteśmy z krajami skandynawskimi i byłymi komunistycznymi, a deklasujemy na przykład miasto Monachium, gdzie niedawno odbyły się wybory do Rady Cudzoziemców, przy katastrofalnej frekwencji… 3,62 proc. (dla pewności napiszę słownie: trzy, przecinek, sześćdziesiąt dwa proc.)!!!

Chodzi tu o Radę zamieszkałych na stałe w Monachium obcokrajowców, która doradza władzom miasta w sprawach dotyczących tutejszych „mniejszości”. „Mniejszości”, specjalnie ująłem w cudzysłów, gdyż co to za mniejszość, która liczy sobie pół miliona i stanowi jedną trzecią wszystkich monachijczyków. Wydawałob się zatem, że ta silna grupa – poprzez gremialny udział w wyborze swoich reprezentantów – zechce przekazać Bawarczykom sygnał o gotowości do współdecydowania o losach miasta.

Nic takiego się nie stało. Mimo, że każdy z 367.927 uprawnionych (tylko pełnoletni) do głosowania został o tym powiadomiony listownie, do urn poszły zaledwie 13.324 osoby. Wygrali oczywiście Turcy i to wcale nie dyscypliną czy dużą frekwencją – tylko dlatego, że jest ich w Monachium ponad dwa razy więcej niż np. Polaków. Gdybyśmy się choć trochę zmobilizowali, mogliśmy bez problemu mieć naszych w Radzie Cudzoziemców. Widać jednak, że nam się nie chciało. Przynajmniej więc nie psioczmy teraz na tutejszych działaczy polonijnych, że nic nie robią.

Już słychać głosy radnych miasta Monachium, że wobec tak małej frekwencji, należy się zastanowić nad celowością organizacji kosztownych wyborów i finansowania Rady Cudzoziemców, ciała, które nie reprezentuje praktycznie nikogo.




Bogdan Żurek