Świadectwo z paskiem

Tegoroczny koniec roku szkolnego zastał mnie w Polsce, a że wypada on tego samego dnia w całym kraju, trudno go nie zauważyć.

Wnuczka sąsiadów „zza płota” z radosnym piskiem przyleciała do dziadków, od furtki wymachując świadectwem. Oczywiście „z paskiem”, bo inne się teraz nie liczy. Gdy babcia kroiła upieczoną na tę okazję babkę, a dziadek grzebał w portfeliku za nagrodą dla pilnej wnusi, ja zerknąłem do wyszukiwarki, by sobie przypomnieć, z czym się owo „świadectwo z paskiem” je.

Wyczytałem, że dawno, dawno temu, jeszcze za komuny, wymyślono dodatkowy – obok tradycyjnych ocen – środek mobilizujący uczniów. Został nim biało- -czerwony pasek umieszczony po lewej stronie szkolnego świadectwa. Świadczy ci on, że uczeń pilny jest i zdolny, a średnia jego ocen wynosi minimum 4,75 w sześciopunktowej skali.

To pożądane przez dziatwę szkolną – a przez rodziców częstokroć wymagane – wyróżnienie, nazywane jest potocznie nie biało-czerwonym, ale, nie wiedzieć czemu, czerwonym paskiem. Niestety – jak wieść niesie – pozyskanie paska nie zawsze idzie w parze z rzeczywistym przyrostem wiedzy, a sama idea stachanowskiej wręcz pogoni za tą nagrodą jest coraz częściej krytycznie oceniana przez samych nauczycieli i uczniów.

Okiem nauczycielki:

Ze smutkiem patrzę na niektóre uczennice, które bezmyślnie zakuwają, nie mając czasu na nic poza nauką, bo muszą mieć same piątki, Taka postawa to często szukanie akceptacji rodzica. Rodzic widząc biało-czerwony pasek, czuje się dumny z dziecka, a dziecko czuje się kochane. Zdarza się, że pod koniec roku uczniowie przychodzą, by poprawić oceny. Na moje pytanie, dlaczego chcesz poprawić ocenę, w większości przypadków słyszę (niestety): „bo mama mi kazała”, „bo jak będę miał średnią 4,75, to mi rodzice kupią quada”.

Okiem uczennicy:

Moi rodzice parli na oceny, bo to im najbardziej zależało na ocenach. Po latach stwierdzam, że te paski były dla nich, a nie dla mnie. Owszem na tych paskach można było coś ugrać, a to wyjazd w góry, a to telefon komórkowy, innym razem laptop. Na tamtą chwilę wizja upragnionego fantu i świętego spokoju, była OK. Nigdy nie zapomnę latania za niektórymi nauczycielami, by podciągnąć ocenę. Dzisiaj się szczerze tego wstydzę. Kiedy czytam swój pamiętnik z tamtego okresu, to sama sobie współczuję.

Za moich czasów (początek II połowy XX w.) nauczyciele cieszyli się jeszcze autorytetem i poważaniem. Nawet w podstawówce zwracaliśmy się do nich per „pani psorko” lub „panie psorze”, a uwagi pedagoga dotyczące np. sprawowania, wpisane w dzienniczku ucznia, były traktowane bardzo poważnie. Musiał je parafować któryś z rodziców. Razu pewnego, pod taką uwagą, podrobiłem podpis mamy. Nie chciałem jej martwić, a taty denerwować. Nauczycielka podróbkę natychmiast zauważyła, a „wykład” ojca na temat fałszowania podpisów okazał się tak skuteczny, że nigdy potem coś podobnego nie przyszło mi nawet na myśl. Kolejnym stopniem dyscyplinowania ucznia było wezwanie rodziców (Bez ojca mi się w szkole nie pokazuj!), kończące się częstokroć wymierzeniem kary „na poczekaniu”, przed całą klasą. Mieliśmy też nasze „świadectwa z paskiem”, tym prawdziwym, na co dzień przytrzymującym ojcowskie spodnie. Urządzenie to szło w ruch, gdy na świadectwie pojawiały się „2” (wówczas najgorsza ocena w skali od 2 do 5), co było przestępstwem najcięższym, czyli koniecznością powtarzania tej samej klasy.

Jak widać pasek paskowi nierówny. O to, który lepszy, spór trwa do dzisiaj.







Bogdan Żurek