Piszę ten felieton, widząc kątem oka stojącą na balkonie choinkę. Piękna ci ona, wypasiona, lampkami kolorowymi rozświetlona, ze szpicem w niebo, a raczej w balkon sąsiada strzelająca. Urocza jak w zeszłym roku, chociaż… chociaż tamta była większa. Pamiętam, bo problemy z jej gabarytami były. Przed świętami, w siatkę zapakowana, bez najmniejszych kłopotów znalazła sią na balkonie. Po trzech tygodniach, tak ci się rozłożyła, że w drogę powrotną za nic ruszyć nie chciała. Nie mieściła się w drzwiach, o windzie nie wspominając. Miałem dwa wyjścia. Rżnąć ją na kawałki i pakować w worki, czy zaryzykować „szybki transport”. Nie zastanawiając się długo, spojrzałem w dół, czy nikogo na chodniku nie ma i wyrzuciłem choinkę z drugiego piętra. Dolatywała do ziemi równocześnie z zatrzymującym się pod domem policyjnym radiowozem. Zbiegłem na dół i w gadkę… Udało się. Wywinąłem się „bezmandatowo”, zwalając wszystko na żonę. Że niby kazała wyrzucić, zabraniając ciągania choinki po nowych parkietach. Nerwowa jest bardzo, więc nie śmiałem z nią dyskutować – argumentowałem. Chyba uwierzyli, albo przestraszyli tych „nerwów”, bo nawet nie poszli sprawdzić, czy takowa w ogóle istnieje. Tak na marginesie – żeby oni tak szybko do innych wezwań przyjeżdżali. Czy zauważyliście, że teraz wszystkie choinki są jak sklonowane, bliźniaczo podobne do siebie, jak dwie krople wody. Różnią się tylko wysokością i ceną ściśle z nią powiązaną. Dwadzieścia euro – mała, czterdzieści większa itd.…

Otóż nie zawsze tak bywało. Za moich czasów, przed świętami, „na choinki” chodziło się do pobliskiego lasku, tego w którym od wiosny randkowało się z koleżankami. Za dnia był rekonesans, a o zmroku uzbrojeni w toporki chłopcy ruszali w las. Echo rąbania niosło się po okolicy. Wszyscy słyszeli, tylko nie milicja, która wolała się trzymać z daleka od tych jednorazowych, uzbrojonych w siekiery drwali. Później było już bardziej cywilizowanie, kwitł mały kapitalizm, szczególnie w większych miastach. Choinki sprzedawano z traktorowych przyczep. Nikt nie wnikał, które były legalne, a które z nocnej wycinki.

Tamte choinki – nie tak jak dzisiejsze „klony” – urodą różniły się od siebie bardzo. Były ładne i brzydsze. Trafiały się także szkaradne drapaki, których nikt nie chciał. Łączyło je jedno, po kilku dniach sypały się tak, że w okolicach Trzech Króli igieł nie miały wcale. Pamiętam takiego rzuconego w kąt drapaka, uratowanego przez naszego małego wtedy synka. Zlitował się nad brzydulą, przekonując nas, rodziców, że inne choinki znajdą nabywców, a tą czeka okrutna samotność w święta. Takim argumentom nie mogliśmy się oprzeć. Drapak zagościł na Boże Narodzenie w naszym domu.

W tym roku też zaryzykuję i wyrzucę choinkę przez balkon. Zobaczymy jak szybko przyjadą.

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!




Bogdan Żurek