Życie pełne jest przypadków czyli w gościnie u Włochów

Wielu uważa, że przypadek nie istnieje, a to, co dzieje się w naszym życiu, jest precyzyjnie zaplanowanym zdarzeniem losu. Spóźnienie się na samolot, który później ulega katastrofie, czy wykupienie w tym, a nie w innym punkcie losu z wygraną lub nawet tak banalne zdarzenie jak spotkanie na ulicy znajomego lub zatrzymanie się przed tym, a nie innym sklepem, to wbrew pozorom nie przypadek, lecz idealnie zaplanowany zbieg okoliczności. Każdy z nas przeżył przynajmniej jedną taką historię i jest w stanie udowodnić, że ten a nie inny splot wydarzeń odmienił jego życie lub zmienił kierunek drogi, którą kroczył.

Podobne zdarzenie przytrafiło nam się podczas wyjazdu do Włoch. Tuż za Wenecją dzieciom zachciało się pić i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie ogromny supermarket, który jak na życzenie wyrósł przed nami, a którego nigdy wcześniej nie zauważyliśmy. Wyglądał na zamknięty, parking był pusty, lecz dzieci nie zważając na nic, wyskoczyły z samochodu i pobiegły w kierunku wejścia. Ku naszemu zaskoczeniu szklane drzwi otworzyły się automatycznie, lecz w sklepie nie było żywej duszy. Z lekką obawą zaczęłam rozglądać się, aby kogoś znaleźć. Po dłuższej chwili zza lady z wędlinami wychylił się starszy pan, który cały czas rozmawiał przez telefon. Jak długo jest otwarte? – zapytałam. Tak długo jak chcecie – odrzekł nie przestając gadać. Pokiwałam głową i zaczęłam przyglądać się wędlinom. Nie miałam ochoty na zakupy i nie miałam pojęcia, co w ogóle kupić, jednak odruchowo, a może raczej z uprzejmości poprosiłam o sto gram szynki parmeńskiej. Starszy pan stwierdził, że powinnam spróbować szynki lokalnej, bo jest wyjątkowa, po czym wręczył mi świeżo ukrojony kawałek. Naprawdę wyśmienita – zachwycałam się smakiem. Bo ona jest specjalnie robiona… – spokojnie zaczął objaśniać mi technikę obróbki szynki i co jakiś czas wręczał kawałek innej, abym mogła porównać. Tymczasem mąż i dzieci zapełnili wózek z zakupami i zjawili się obok mnie gotowi do wyjścia. Gdy tylko sprzedawca, który okazał się właścicielem supermarketu, usłyszał obcy język, zapytał skąd jesteśmy. Gdy odrzekłam, że jestem Polką, jego radość nie miała końca. Zadowolony zawołał z zaplecza żonę, która na hasło „Polacy w sklepie!” szybko przyniosła kawę i ciastka, a dzieciom lody. Okazało się, że jego siostrzeniec, duma rodziny, jest profesorem na uniwersytecie w Polsce i świetnie mówi po polsku, choć nikt z rodziny nie tylko nie ma polskich korzeni, ale też nigdy nie był w Polsce. Włoch mówiący po polsku? – zapytałam zdziwiona.

On zrobił profesurę z polonistyki – odrzekł dumnie i rozgadał się na nowo.

A gdzie wykłada? – zapytałam. Nie mam pojęcia, gdzieś w Polsce – wzruszył ramionami. – Ale zaraz go spytam – odrzekł i czym szybciej wybrał numer telefonu.

A gdzie ty wykładasz? – usłyszałam. – W Krakowie? A kiedy będziesz w domu? Jutro? A z czego robiłeś profesurę? Z Kokanowskiego – docierały do mnie fragmenty rozmowy.

Z Kokanowskiego robił profesurę – powiedział dumnie, męcząc się z polską wymową. Kokanowski, Kokanowski – powtarzałam głośno szukając polskiej osobistości o tym nazwisku.

Nikt nie przychodził mi na myśl. Dopiero, gdy po raz trzeci powtórzyłam na głos „Kokanowski”, dotarło do mnie, że Włosi nie są w stanie wymówić polskiego „ch” i z pewnością chodzi o Kochanowskiego. Kochanowski! Bardzo znany. Każde dziecko go w Polsce zna – podzieliłam moją radość z właścicielem.

Oczywiście rozmowie gadatliwego Włocha nie było końca i gdyby nie dzieci, przegadalibyśmy tak do rana, ale ponieważ nie przegadaliśmy, zostaliśmy zaproszeni do domu, gdy tylko przyjedzie siostrzeniec. Takim to sposobem poznaliśmy Francesco, profesora polonistyki i italianistyki, który nie tylko studiował polski we Włoszech i poświęcił kilka lat, aby nauczyć się naszego języka, ale jest dumny, że mówi po polsku.

Francesco na powitanie najpierw uściskał mnie z lekkim dystansem, a później z wielką gracją pocałował w rękę. Zaniemówiłam, co wprawiło go w tak zabawny nastrój, że śmiejąc się wytłumaczył:

Bo ja teraz jestem Polak całą gębą! I jak mówi po polsku? – dopytywali się na przemian członkowie rodziny, bo włoskim zwyczajem zleciała się cała rodzina.

Tymczasem Francesco zachowywał się jak Polak, mówił jak Polak, a nawet lepiej niż ja władał studenckim żargonem. Siedzieliśmy pod rozłożystą „włoską lipą”, racząc się jej cieniem i rozmawiając o polskiej literaturze i Kochanowskim. Nie omieszkałam oczywiście wręczyć Francesco mojej książki, a wujek i reszta rodziny wyrazili wielkie rozczarowanie, że nie mogą przeczytać jej po włosku, na co siostrzeniec obiecał, że im ją przetłumaczy. Oczywiście włoską rodzinę odwiedziliśmy już parę razy, umówiliśmy się też na spotkanie w Krakowie, bo jak stwierdził Francesco, nie ma pojęcia, co my widzimy we Włoszech, skoro Polska jest tak pięknym krajem.

W takich momentach jak ten, zastanawiam się, czy przypadek istnieje, czy jest też precyzyjnie zaplanowanym zdarzeniem losu, abyśmy mieli możliwość doświadczyć czegoś lub poznać kogoś, kogo w normalnych okolicznościach nigdy nie mielibyśmy okazji poznać, a kto jest w stanie uświadomić nam nie tylko piękno naszego języka i literatury, ale pod wpływem którego nasze życie ulega zmianie.




Aldona Likus Cannon