Na pośpiech – twarożek

 

Żyjemy w czasach, kiedy doba wiecznie wydaje nam się zbyt krótka. Zapanowała szybkość, pęd za wszystkim. Praca, obowiązki domowe, ilość zobowiązań, pośpiech, gonitwa, osiąganie zamierzonych celów, ścieżki kariery to domena dzisiejszych czasów. Wszyscy się temu trendowi poddaliśmy. Cierpimy na niedoczas.

Ta gonitwa życia przenosi się również na nasze nawyki żywieniowe i preferencje kulinarne. Posiłki i ich spożywanie stały się zakładnikami pośpiechu. Mikrofalówki, bary szybkiej obsługi, gotowe dania, restauracje, w których wino pojawia się na stole szybciej niż trwa przyjęcie zamówienia, przypadły nam swego czasu do gustu. Specjalnie użyłam stwierdzenia „swego czasu”, ponieważ ten pęd, ta gonitwa, zaczynają nam dzisiaj coraz bardziej doskwierać. Wielu wiadomie podejmuje więc kroki omijające „niedoczas” spowodowany pośpiechem i wyścigiem szczurów. Skupiając się na kulinariach, zauważyłam na przykład spadek zainteresowania „gotowcami”, czyli gotowymi zestawami dań. Coraz częściej przykładamy też większą wagę do pochodzenia składników. Z chęcią kupujemy regionalne produkty, co wbrew pozorom wcale nie znaczy, że kupujemy droższe. Świadomość konsumenta zdecydowanie wzrosła w porównaniu z tą sprzed dziesięciu czy piętnastu lat. I nadal rośnie.
Taką właśnie postawę promują coraz modniejsze ruchy skupione wokół haseł „Slow Life” (powolne życie) i „Slow Food” (powolne jedzenie). Nikogo pewnie nie zaskoczy, że „Slow Food” założyli – już w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku – rozkochani w jedzeniu Włosi. Oba ruchy nie mają nic wspólnego z lenistwem i opieszalstwem, a tym bardziej z obżarstwem. Głównymi ich założeniami jest propagowanie konsumpcji zdrowej lokalnej żywności, począwszy od jej produkcji po kulturę spożywania. Pomysłodawcy zachęcają do przygotowywania posiłków samemu czy też z rodziną z dobrych i świeżych miejscowych produktów. Przekonują przy tym do celebrowania ich spożycia, a nie do szybkiego, łapczywego zaspokajania głodu. Wręcz namawiają do czerpania radości z przygotowania jedzenia.
Wiem, że nie od razu Kraków zbudowano. Proponuję więc małymi kroczkami dochodzić do ideału, czyli do rozkoszowania się nie tylko smakiem potraw, ale i samym ich przygotowywaniem. Zapewniam, że wiele osób, którym zaproponowałam ten sposób relaksu, jest z niego bardzo zadowolonych. Na początek twarożek, który, zamiast kupić w sklepie, możecie przygotować w domu. Pełnia radości gwarantowana!

Składniki na twarożek w słoiku (Labneh)

  • litr jogurtu naturalnego; 1 łyżeczka soli; 4–5 ząbków czosnku w łupince;
  • 2 papryczki chili (może być suszona); 1 czerwona cebula; ok. 750 ml oliwy
  • z oliwek; zioła (np. estragon, oregano czy tymianek) i ziarenka pieprzu
  • Dodatkowo potrzebny nam będzie litrowy zamykany słoik, sitko i gaza bądź zwykłe dwie kuchenne ściereczki

Przygotowanie
Litr jogurtu naturalnego należy wymieszać z łyżeczką soli. Gazę bądź ściereczkę trzeba ułożyć na durszlaku i wstawić go do miski lub garnka tak, by nie sięgał dna. Jogurt należy wymieszać z solą i wylać na ściereczkę leżącą na durszlaku, a następnie przykryć od góry drugą ściereczką lub gazą. Całość należy odstawić na 24–48 godzin (najlepiej do lodówki). Po wylaniu z garnka zebranego na dnie płynu, pozostanie na ściereczce i durszlaku twaróg. Im twardszy, tym lepszy. Z twarogu należy uformować kuleczki.
W słoiku układamy – na przemian – papryczki chili nacięte w poprzek, nieobrane, a jedynie uciśnięte ręką ząbki czosnku, ćwiartki obranej czerwonej cebuli, kuleczki twarogu i wszystko zalewamy oliwą. Opcjonalnie można powtykać różne zioła i ziarenka pieprzu.
SMACZNEGO

Ewa Duszkiewicz