Filipiny - Na skraju Pacyfiku

 

Uderzam pięścią w dach samochodu i krzyczę „para”. Chwilę później kierowca naszego „jeepney’a” zatrzymuje się. Taki jest tutejszy zwyczaj. „Jeepney’e” to pozostawione przez wojska amerykańskie, terenowe jeepy, przerobione i przystosowane do przewozu osób i ładunku. Załadowane do granic możliwości samochody świetnie dają sobie radę nie tylko w miastach, ale również na górskich wertepach. Fantazyjnie ozdobione chromowanymi detalami i pomalowane „Jeepneye” to także najtańszy i najpopularniejszy środek transportu. Kiedy docieramy do górskiego, wyjątkowo spokojnego miasteczka Sagada na wyspie Luzon jest już wieczór. Co ciekawe, punktualnie o godzinie 21.00 słychać w Sagadzie bicie dzwonu, wycie psów i chwilę później zamyka się wszystkie bary i sklepy – to wprowadzona tutejsza „godzina policyjna” w ramach walki z pijaństwem. A na Filipinach pije się dużo, tym bardziej, że piwo jest tańsze niż woda mineralna, a półlitrowa butelka wódki ryżowej kosztuje w przeliczeniu około 3 złotych.

Z duszą na ramieniu

Wczesnym rankiem wybieramy się na zwiedzanie tutejszych jaskiń oraz wiszących na skałach lub poukładanych przy wejściu do grot… trumien wypełnionych szkieletami. Wiele z nich jest otwartych, a w około znaleźć można było porozrzucane kości. Widok naprawdę makabryczny! Ale tak do niedawna chowano tutaj zmarłych! Chwilę później, pełni „wrażeń” wchodzimy w głąb jednej z jaskiń. Oczywiście z filipińskim „przewodnikiem”, który za godzinne oprowadzanie bierze od nas… 3 dolary. Obawiam się, że bez jego pomocy i lampy naftowej (latarka nie zdałaby egzaminu) trudno byłoby nam się znaleźć w podziemnych korytarzach. Najmniej przyjemne są chyba wszechobecne w jaskiniach nietoperze, które siłą rzeczy „załatwiają się” wprost na nas – uczucie niezapomniane! Nie spodziewaliśmy się, że w jaskiniach przyjdzie nam wspinać się na bosaka po śliskich skałach, przeprawiać się po linach, brodzić po pas w wodzie omijając zwisające stalaktyty. Ale dla samych emocji warto i na to się zdecydować. A emocji podczas pobytu na Filipinach nie brakuje. Do słynnych tarasów ryżowych położonych wysoko w górach docieramy po 6 godzinach jazdy autobusem, a odcinek, który pokonaliśmy mierzył zaledwie 90 kilometrów. Kamienisto - błotnista droga do Banaue wiedzie nad stromymi przepaściami, na wysokości niemalże 2500 m n.p.m. Przyznam, iż dawno aż tak bałem się jazdy autobusem. Tutejsze tarasy ryżowe robią wrażenie i nie przypadkiem określane są mianem „ósmego cudu świata”. Budowane od ponad 2000 lat wcinają się dosłownie w stoki gór i piętrzą się setki metrów w górę. Widok imponujący! Obliczono, że gdyby połączyć wszystkie tutejsze murki tarasowe podtrzymujące ziemię przed obsunięciem, to można by nimi opasać równik ponad jego długości. Spacer po wąskich krawędziach tarasów ryżowych wymaga jednak dobrej kondycji. Moją uwagę przykuwają pracujące w błocie woły i uśmiechający się nasz widok Filipińczycy. To ludzie wyjątkowo mili, przyjaźni i ciekawi. Filipińczycy to również ludzie o wielkiej gościnności. Obcokrajowiec, przyjeżdżając do tego kraju, jest oczarowany ich uprzejmością, szacunkiem i gościnnością.

Wszechobecna religia

Polscy turyści docierają na Filipiny stosunkowo rzadko. Za to już od dłuższego czasu obecni są tutaj polscy misjonarze. A Filipińczycy są ludźmi bardzo religijnymi. Zdecydowana większość z nich to katolicy. Cały kraj usiany jest świątyniami, kościołami i olbrzymimi figurami Matki Boskiej, jakiej do tej pory nigdzie jeszcze nie widziałem. Uwielbiają naszego nieżyjącego Papieża i doskonale wiedzą, że był Polakiem. Co ciekawe, większość z nich orientuje się gdzie leży Polska i wie, że nasi żołnierze są w Iraku. Zaskakuje wśród Filipińczyków doskonała znajomość języka angielskiego. Na Filipinach jest mnóstwo dzieci – średni na małżeństwo przypada aż sześcioro dzieci! Nie sposób nie zauważyć również najbiedniejszych, których jest tu wielu, a największe wrażenie robi prawie 2-milionowa dzielnica slumsów w stolicy Manili. Ale wszystko to nie przeszkadza im cieszyć się życiem – oczywiście na swój sposób. Mam wrażenie, że na Filipinach żyje się dniem dzisiejszym.

Kogucie areny

Filipińczycy uwielbiają walki kogutów. Odbywają się one zwykle w niedziele lub święta na tak zwanych „arenach kogucich”. Przed każdą z walk przyjmuje się zakłady, a w tym samym czasie uzbrojone w ostre ostrogi i podzielone na różne kategorie koguty przygotowuje się do walki zwiększając drażnieniem ich agresywność. Samo starcie kogutów może trwać zaledwie kilka sekund, ale obowiązuje zawsze ten sam rytuał – zwycięzcą musi dwukrotnie dziobnąć pokonanego koguta, bo inaczej walka uznawana jest za remis. Warto to zobaczyć! Z okolic słynnych tarasów ryżowych w Banaue wracamy nocnym autobusem do Manili. Chyba w życiu tak nie zmarzłem od klimatyzacji. W stolicy Filipiny jesteśmy o 03.00 nad ranem i postanawiamy dostać się na lotnisko, gdzie bez problemu zupełnie w „ciemno” za ok. 30 dolarów od osoby kupujemy bilety na poranny samolot na wyspę Cebu i rozpoczynamy popularny w tej części świata tzw. „Island Hopping”.

Wyspy, wyspy...

Taki mieliśmy plan, żeby zwiedzić wyspy południa Filipin, wyspy „Visayas”. Właściwie każdego dnia jesteśmy w innym miejscu. Podróże, czasami męczące i czasochłonne można jednak „przeżyć”. A każda wyspa, na której byliśmy, czy to Cebu, Negros, Panay, miała inny charakter. W Cebu koniecznie trzeba zobaczyć bazylikę Minor del Santo Nińo ze słynną figurką małego Jezusa i położony nieopodal krzyż, który postawił Magellan w 1521 roku podczas swojej podróży dookoła świata. Z Cebu ruszamy na Wyspę Negros, Panay i docieramy na Boracay. Filipiny upodobali sobie nurkowie i amatorzy snorklingu – zupełnie bezpiecznego i łatwego podglądania życia morskiego, bez konieczności pływania z butlą tlenową. Za kilka dolarów można wypożyczamy maskę, płetwy i po przepłynięciu zaledwie kilku metrów podziwiamy wspaniałą i bajeczną rafę koralową, spotykając przy okazji całe mnóstwo najwspanialszych okazów morskiej fauny. Dlatego też całe 3 dni spędzamy na wyspie Boracay – chyba w najbardziej znanym miejscu wśród zagranicznych turystów na Filipinach. Magnesem, który przyciągnął nas na Filipiny były także tutejsze wulkany. Do dzisiaj spośród 37 wulkanów znajdujących się na Filipinach, aktywna jest nadal połowa z nich. Dlatego też naszym kolejnym celem podróży jest miejscowość Angeles, położona u podnóży słynnego wulkanu Pinatubo, a przelot z wyspy Boracay z międzylądowaniem w Manili kosztuje zaledwie 35 dolarów od osoby. O wulkanie Pinatubo głośno było w 1991 roku. Potężny wybuch wulkanu wyrzucił w powietrze ogromne masy pyłu oraz popiołu i pochłonął życie wielu ludzi. Nawet w odległej stolicy Manili stało się w tym czasie zupełnie ciemno. Nieszczęściem był także przechodzący w tym czasie tajfun. Pył i popiół spłynął z deszczem na ziemię, tworząc rozległe tereny wulkanicznego błota. Dziś po tamtej tragedii pozostały kaniony i i suche koryta rzek z zastygłej lawy tworząc krajobraz wręcz księżycowy. Pozostał również i strach mieszkańców, którzy nadal obawiają się Pinatubo. Niestety dojście do samego krateru nie jest takie proste jak nam się wydawało. Jednak sam trekking u podnóży groźnego wulkanu Pinatubo, to wielkie przeżycie… Po prawie 3 tygodniach podróży po Filipinach zbliża się nieubłaganie data lotu powrotnego do Frankfurtu.

Wracamy do Manili, ostatnie zakupy, ostatnie filipińskie wspomnienia. Filipiny to idealne i wręcz wymarzone miejsce na odpoczynek i przygodę. Ciepłe wody Pacyfiku, tropikalny klimat i cudowne plaże, wciąż nietknięte przez współczesną cywilizację potrafią podobnie jak przede wiekami europejskich żeglarzy, także i nas wprawić w błogostan. Aby jednak objechać całe Filipiny w ciągu 3 tygodni, które spędziliśmy nad Pacyfikiem musielibyśmy podróżować wyłącznie samolotami. Nie zrobiliśmy tego świadomie, wierząc, że na Filipiny jeszcze kiedyś wrócimy…

Tekst i zdjęcia: Sebastian Wieczorek