Filozof w dominikańskim habicie
Wspomnienie o Ojcu Profesorze Janie Andrzeju Kłoczowskim OP (1937–2025)
Jan Andrzej Kłoczowski - foto Piotr Drabik
W niedzielne południe 3 kwietnia 2005 roku krakowską bazylikę świętej Trójcy oo. dominikanów wypełniły takie tłumy, że nie dało się tam wcisnąć szpilki. Poprzedniego wieczoru zmarł w Watykanie papież Jan Paweł II. Wprawdzie wszyscy przygotowywali się na to od kilku dni, biorąc pod uwagę stan jego zdrowia, ale kiedy to nastąpiło, ludzie, którym Ojciec Święty był bliski, odczuli jego śmierć jako ogromną stratę. Potrzebowali otuchy, wskazówki, jak mają dalej żyć bez jego obecności. Dlatego słynną dominikańską mszę „dwunastka” odwiedziło znacznie więcej osób niż zwykle, tak bardzo chcieli usłyszeć, co „Kłocz” na to powie. Podczas homilii ojca Jana Andrzeja spijali każde podbudowujące słowo z jego ust. Dokładnie dwadzieścia lat później, w tym samym miejscu, pożegnano tego wspaniałego kaznodzieję, który odszedł do Pana też w sobotę, 12 kwietnia 2025 roku.
Ojciec Profesor Jan Andrzej Kłoczowski, zwany w skrócie „Kłoczem”, długoletni duszpasterz studentów, artystów i ludzi nauki, ukończył historię sztuki w Poznaniu, następnie pracował jako asystent w Katedrze Historii Sztuki na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Kierował Katedrą Filozofii Religii przy Wydziale Filozofii Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie, wykładał również w tamtejszym Kolegium Filozoficzno- Teologicznym oo. Dominikanów.
W 2006 roku ukazała się jego książka „Zawierzyć prawdzie” stanowiąca próbę osobistej lektury encyklik Jana Pawła II. W rzeczywistości jest zbiorem homilii, jakie ojciec Jan Andrzej wygłosił po śmierci papieża. On sam określił ją jako cykl esejów, nazywając siebie, czyli autora „połączeniem przewodnika po encyklikach z duchowym ratownikiem”. Prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył go w 2007 roku Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. W 2014 roku ojciec Kłoczowski otrzymał z rąk generała zakonu Bruno Cadoré OP tytuł mistrza świętej teologii, który jest najwyższym dominikańskim tytułem naukowym.
„Dwunastki” nie sposób było wyobrazić sobie bez Kłocza, a Kłocza bez „dwunastki”. Ta msza, wraz z jej oprawą muzyczną i filozoficznym kazaniem, stała się instytucją, a jej bywalców zaliczano żartobliwie do gatunku „homo kloczoviticus”. Osoby niechętne duszpasterzowi uważały jego homilie za przeintelektualizowane, a ich styl za bardziej uniwersytecki niż kapłański. Ale „Kłocz” potrafił jak mało kto wprowadzić słuchaczy w zagadnienia filozoficzne i przedstawić je w tak przystępny sposób, że ludzie odnajdywali w nich własne przeżycia i problemy.

Wino w Piśmie Świętym
Przed moją emigracją do Niemiec byłam świadkiem osiemnastych urodzin „dwunastki”, w maju 2006 roku. Wierni pojawili się w kościele z różami, po mszy rozdzielono urodzinowy tort, po czym ojciec Jan Andrzej przystąpił do zaimprowizowanego „egzaminu dojrzałości”. W komisji zasiadały osoby w różnym wieku, między innymi dziesięcioletnia Zosia i siedmioletni Franek, którzy zadawali konkretne pytania: - Dlaczego Pan Bóg nie zniszczył diabła? - Widocznie Mu się przydaje – odparł ojciec Kłoczowski bez zastanowienia. - Czy w niebie trzeba pracować? - Wyłącznie – odpowiedział egzaminowany – inaczej wszyscy nudziliby się, a przecież niebo to nie jest jedna wielka schola. Na pytanie o średnią wieku w niebie, dzieci uzyskały zapewnienie, że człowiek jest tam w swoim najlepszym okresie. Dla ojca Jana Andrzeja to czas, kiedy jeszcze miał włosy. Pytania od dorosłych członków komisji też dotyczyły eschatologii.
- W jakiej postaci obudzimy się w niebie? Czy będą tam grubasy i anorektyczki? – zagadnęła doktor filozofii.
- Nie, wszystko będzie uśrednione – padła odpowiedź.
- Czy wszyscy obudzimy się mężczyznami?
- Mam nadzieję, że nie; bo co byśmy tam wtedy robili?
Wśród publiczności rozgległy się wybuchy śmiechu i oklaski. Następnie Wojciech Gogoliński, redaktor miesięcznika „Czas wina”, zwrócił się do ojca Kłoczowskiego jako konesera win z pytaniem, ile razy słowo „wino” występuje w Piśmie Świętym. Tu „maturzysta” zawahał się przez moment.
- Strzelam: dwieście pięćdziesiąt? Okazuje się, że pięćset dwadzieścia jeden razy.
razy. Dla mnie ojciec Jan Andrzej był przyjacielem, spowiednikiem i w pewnym sensie pracodawcą, bo w latach 1999–2009 przepisywałam i redagowałam jego kazania oraz wykłady z filozofii religii. Nasza pierwsza wspólna książka – „Stacja dwunast(k)a” – ukazała się nakładem wydawnictwa „m” w roku 2000 (foto). Ojciec Jan Andrzej „zaraził” mnie swoją fascynacją dla francuskiej myślicielki i mistyczki Simone Weil. Wielką estymą darzył też Edytę Stein. Był miłośnikiem Melpomeny i chętnie chodził do Narodowego Teatru Starego, zwłaszcza na spektakle w reżyserii Krystiana Lupy. Okazało się, że mamy wspólną ulubioną powieść: „Mistrz i Małgorzata” Michaiła Bułhakowa. Myślę, że tam, po drugiej stronie, ojciec Jan Andrzej jest rzeczywiście w swoim najlepszym okresie i przebywa w towarzystwie filozofek i filozofów, których poglądy tak umiejętnie nam przybliżał.
Jolanta Łada-Zielke

