Walka z wiatrakami o prawdę czy zamiatanie pod dywan?
Marc Konstanzer – naukowiec walczący o prawdę.
Wraz z narastaniem kontrowersji wokół tragedii, która rozegrała się podczas II wojny światowej na terenie gminy Owingen – położonej w zachodniej części powiatu Jeziora Bodeńskiego w Badenii-Wirtembergii – jej władze zwróciły się do Jürgena Klöcklera, dyrektora Archiwum Miejskiego, oraz do profesora Svena Reichardta z Uniwersytetu w Konstancji z prośbą o opinię odnoszącą się do wyjaśnienia tragicznych wydarzeń sprzed ponad 80 lat związanych z parą zakochanych: Polakiem Teodorem Borowskim oraz Niemką Moniką Rinderle. Choć gmina Owingen od samego początku deklarowała swoje wsparcie i zaangażowanie w ten edukacyjny projekt, nikt nie przewidział, że opracowanie doktoranta Marca Konstanzera okaże się na tyle kontrowersyjne, iż nie zostanie dopuszczone do publikacji.
Tragiczny los Moniki Rinderle i Teodora Borowskiego
Teodor Borowski urodził się 8 listopada 1911 r. w Ostrowcu nad Wisłą. Jako kanonier 11. Dywizji Artylerii Wojska Polskiego brał udział w kampanii wrześniowej. 18 września 1939 r. został wzięty do niewoli i trafił do niemieckiego obozu jenieckiego w Łambinowicach, a w czerwcu 1940 r. deportowano go do obozu pracy w Villingen. Po formalnym zwolnieniu z niewoli 7 sierpnia 1940 r. Borowski został skierowany jako cywilny robotnik przymusowy do pracy na gospodarstwie w miejscowości Hohenbodman.
Pracował tam około dziesięciu miesięcy, do 8 maja 1941 r., kiedy to został aresztowany wraz z służącą w tym samym gospodarstwie, Moniką Rinderle. Gestapo oskarżyło ich o tzw. zbrodnię stosunku płciowego (GV- -Verbrechen). Tak nazistowska tajna policja określała relacje uczuciowe między Niemkami a cudzoziemcami, zwłaszcza z robotnikami przymusowymi.
Po aresztowaniu Moniki Rinderle ogolono jej publicznie głowę na placu w Überlingen, a na szyi zawieszono plakat z napisem „Polendirne”, co można przetłumaczyć jako „polska dziewucha” – w znaczeniu pogardliwym. Oboje zostali osadzeni w areszcie Gestapo w Konstancji. Monikę deportowano do obozu koncentracyjnego Ravensbrück, a następnie do Auschwitz, gdzie zmarła 15 października tego samego roku.
W lipcu 1941 r. Teodor Borowski został przeniesiony do zakładu karnego w Kislau, a 31 grudnia tego samego roku do obozu koncentracyjnego w Dachau. 27 stycznia 1942 r. trafił ponownie do aresztu w Konstancji. Niedługo potem Gestapo odesłało go z powrotem do Hohenbodman. Dziesięcioletni wówczas chłopiec, Wilhelm S., był świadkiem egzekucji i w swoim zeznaniu określił ten dzień jako taki, którego nigdy nie zapomni:
„Podczas gwałtownej śnieżycy, 13 lutego 1942 roku, około godziny 9:00, pomiędzy dwoma świerkami przymocowano poprzeczną belkę, na której Borowski został powieszony na sznurze. Po jego egzekucji wszyscy obecni, około 150 polskich pracowników przymusowych z okolicznych gospodarstw, zostali zmuszeni do przejścia – któremu towarzyszyły szydercze uśmiechy nazistowskich prominentów – obok wiszącego ciała swojego towarzysza.”
Zwłok, jak w wielu podobnych przypadkach, nie pogrzebano, lecz przewieziono do Instytutu Anatomii we Freiburgu, gdzie zostały wykorzystane do zbrodniczych eksperymentów naukowych.
Po zakończeniu II wojny światowej polscy robotnicy przymusowi postawili na miejscu kaźni solidny kamień, na którym umieszczono krzyż oraz tablicę w dwóch językach. Miejsce to, znane dziś jako „Polski Krzyż”, znajduje się na skraju lasu. Zaniedbane i opuszczone stało się symbolem pamięci o czasach, do których większość mieszkańców nie chce wracać. Brak kwiatów i zniczy, a także rosnące chwasty wokół pomnika, świadczą o całkowitej obojętności wobec tego miejsca – także ze strony władz gminy.
Tu powieszono Teodora Borowskiego. Foto: Marc Komstanzer
Naukowiec kontra lokalne tabu.
Historyk Marc Konstanzer podszedł do tego tematu z należytą starannością naukową. Gdy jednak przedstawił swoje opracowanie władzom gminy, zarzucono mu brak obiektywizmu. Odmówiono publikacji, zamiast tego żądając usunięcia „niewygodnych dla gminy fragmentów”.
„Od początku czułem, że to temat drażliwy – ale nie przypuszczałem, że zostanie aż tak stanowczo odrzucony. Dziś mogę udowodnić, że akta, które wcześniej mi udostępniono, były zmanipulowane, ponieważ pojawiły się dokumenty, których mi nie okazano. Jeśli nie mamy odwagi zmierzyć się z prawdą – nawet bolesną – to czego właściwie uczymy przyszłe pokolenia?” – mówi Konstanzer w rozmowie z autorem.
Żądania politycznej autocenzury wobec naukowca – w tym usunięcia konkretnych nazwisk i fragmentów dotyczących powojennej obojętności gminy – to tylko kilka z wielu nacisków, z jakimi musiał się on zmierzyć. Badacz odmówił jednak podporządkowania się i jednoznacznie zaznaczył, że wyniki jego badań nie podlegają negocjacjom. Jego stanowisko zostało stanowczo poparte przez środowisko akademickie.
W maju 2025 r. Archiwum Krajowe Badenii- Wirtembergii, we współpracy z nadzorem merytorycznym i grupą roboczą ds. archiwów, wyznaczyło organ mediacyjny. Uruchomiono procedurę pojednawczą, ponieważ Marc Konstanzer zwrócił się do Archiwum Krajowego z prośbą o sprawdzenie swojego artykułu pod kątem zgodności z prawem archiwalnym.
Zamiast rzeczowej dyskusji, gmina oskarżyła go jednak o „brak szacunku wobec samorządowego dostojnika”, odmawiając mu jednocześnie wglądu do protokołów rady gminy. W miejsce otwartego dialogu pojawiły się próby uciszenia autora – zarówno poprzez anonimowe telefony, jak i ograniczanie dostępu do dokumentów archiwalnych.
Nasuwają się pytania: czy lokalna wersja historii aż tak bardzo boli, że nikt nie chce o niej otwarcie rozmawiać? A może kryje się za tym jakaś tajemnica, którą próbuje się zamieść pod dywan? Dlaczego do tej pory lokalne władze nie zorganizowały przy pomniku żadnej uroczystości, która mogłaby być okazją do uczczenia ofiar, edukacji mieszkańców i wspólnego odkłamywania milczenia?
Andrzej Białas

