Gwiazda naszej wiary
Mozaika bizantyjska. „Trzej Magowie”, bazylika Santi Apollinare Nuovo, Rawenna (Wikipedia)
Boże spraw, bym zawsze wiedział,
że nawet największego świętego
niesie jak lichą słomkę – mrówka wiary.
Ks. Jan Twardowski
Dopiero co przeżywaliśmy święto Trzech Króli i związane z nim radosne barwne pochody w tysiącu polskich miast, manifestujące wiarę, że Bóg stał się człowiekiem. Gdy jesienią 1960 roku komunistyczny sejm zaakceptował gomułkowską ustawę znoszącą 6 stycznia jako dzień wolny od pracy, na pół wieku odebrano Polakom możliwość godnego przeżywania tego święta. Przywrócono je dopiero w „odrodzonej Polsce” po trzyletniej batalii w styczniu 2010 roku (inicjatywa prezydenta Łodzi – Jerzego Kropiwnickiego, milion podpisów obywateli). Mędrców ze Wschodu przyprowadza do Betlejem, do złożonego w żłobie wcielonego Syna Bożego, tajemnicza gwiazda. Oni są pierwszymi poganami, którym w Jezusie objawił się Bóg. W sposób symboliczny reprezentują całą ludzkość. Ich hołd wskazuje na uniwersalizm panowania Chrystusa.
Gwiazdy wiary
Kiedyś także dla mnie zajaśniała „gwiazda na niebie”! To z nią wyszedł mi naprzeciw sam Bóg: w sakramencie chrztu, w wypełnionej miłością i wiarą trosce rodziców, w gorliwości katechety, w słowie Biblii, w spotkaniu z wiarygodnym chrześcijaninem, w pięknie przyrody, w artyzmie obrazu, w fascynującym słowie poezji, w porywającej muzyce…
Istnieje wiele takich gwiazd w biegu naszego życia. One zapraszają do wyruszenia w drogę – ku Bogu. Orędzie niektórych odczytujemy natychmiast; inne świecą długo, zanim postawimy pytania: czy to faktycznie gwiazda? Czy warto za nią pójść? Błogosławiony, kto zdobył się na odwagę i tak postąpił. Wielu nie ufa takim szczególnym „znakom na niebie”, długo zastanawia się, ociąga, zwleka, chce więcej pewności, by uwierzyć i wyruszyć w drogę. A przecież jest odwrotnie: dopiero gdy idę, zyskuję więcej światła i nabieram pewności. Paul Claudel wyraził to w słowach: „Mówisz mi: nie mogę być chrześcijaninem – jak człowiek, który powiada: Nie widzę, ale on wcale nie otwiera oczu. Musisz stworzyć sobie katolickie środowisko, poznać religię, musisz uczestniczyć w liturgii, codziennie modlić się do Boga, choćby nawet tylko przez moment, choćby tylko po to, by mu powiedzieć, że w Niego nie wierzysz i że to cię martwi. Proszę, miej cierpliwość!”
Wiary nikt nie nauczy się „przy biurku” lub „na kanapie”. Muszę wyruszyć w drogę, być cierpliwym i wytrwałym. Pływania nie nauczę się poprzez „ćwiczenia w suchym basenie”. Mimo lęku i niepewności muszę odważnie wskoczyć do wody. Wiary uczymy się tylko przez wierzenie! Anna Kamieńska wyznaje: „Jeśli w ogóle można poznać Boga, to tylko ze środka wiary, a więc najpierw trzeba uwierzyć. Jakkolwiek by to brzmiało paradoksalnie, wiara powinna wyprzedzić pytanie o Boga. Kto pyta bez wiary, nie może otrzymać odpowiedzi.
Można to porównać do poznawania świata. Postrzegamy świat również sobą i przez siebie, niejako przed zadaniem mu pytań.” W początkach zawierzenia Bogu wystarczy zatem tylko moja dobra wola i prośba: „Panie, wierzę, zaradź memu niedowiarstwu” (por. Mk 9,24). Wzorcem pod tym względem może być błogosławiony Karol de Foucauld. Gdy usłyszał ciche zaproszenie Boga, najpierw walczy z tajemniczym wewnętrznym głosem i z sobą. Godzinami przesiaduje w kościele i modli się, stale powtarzając te same słowa: „Mój Boże, jeżeli jesteś, spraw, bym Cię poznał”. A gdy już jest przekonany, że Bóg dał mu łaskę wiary, modli się jeszcze bardziej żarliwie:
„Mój Ojcze, powierzam się Tobie. Czyń ze mną, co chcesz. Za wszystko będę Ci wdzięczny, cokolwiek ze mną zrobisz. Jestem gotów na wszystko i wszystko przyjmę. Oby tylko Twoja wola na mnie się spełniała i na wszystkich Twoich stworzeniach, poza tym nie pragnę niczego innego, mój Boże”.
Jak „nie od razu Rzym zbudowano”, tak nie zbuduję od razu gmachu mojej wiary. Istotna sprawa – zacząć, walczyć o Boga, by pewnego dnia odkryć, że On faktycznie jest „Bogiem-z-nami”, jest we mnie obecny i działa.
Kręte drogi wiary
Droga wiary nie zawsze usłana jest sukcesami. Jak u Mędrców ze Wschodu gwiazda wiary może niekiedy ulec „zaćmieniu”. Powodem mogę być ja sam, bo przed jej światło wpycham „chmury” wygody, sytości, braku miłości Boga i bliźniego albo zgorzknienia i zwątpienia spowodowanego ciężarem trosk i cierpienia. Okresy wątpliwości w wierze, duchowego znużenia i religijnej posuchy – to zjawiska normalne. Ale także w takich okresach, gdy gwiazda ulega zaciemnieniu lub niemal znika, wszystko zależy od wiernego trwania na kierunku uprzednio przez nią wskazanym. Takie wędrowanie w ciemności jest trudne, nużące, zniechęcające. Pewnego dnia „gwiazda” jednak znów się pojawi i zajaśnieje blaskiem przywracającym radość pierwotnej decyzji. Drogi wiary znaczą zatem przystanki, zastoje, cofanie się, nuda, duchowa pustka, ciemność, załamanie. Tego rodzaju doświadczenia stawiają nowe znaki zapytania, wywołują zwątpienie i duchowe cierpienie. To przeżycia nieobce samemu Synowi Bożemu! W takich doświadczeniach, które mogą trwać nawet tygodniami i latami, jawi się pokusa dezercji, ucieczki w pracę, w społeczne zaangażowanie, a nawet zwątpienie w istnienie Boga. Jest wiele dróg uciekania od Boga… lub jawnego buntu, gdy On okazuje się „Bogiem trudnym”, bądź zamiera potrzeba religijnych doznań, przeżyć i emocji. Dobrze ilustruje to wyznanie pisarza Witolda Gombrowicza: „Byłem wierzący do czternastego roku życia i przestałem nim być bez jakiegokolwiek wstrząsu. Nigdy w życiu nie doznałem potrzeby wiary. Nie jestem jednak antyteistą – dlatego, że dla człowieka oszołomionego tajemnicą istnienia każde rozwiązanie jest możliwe.” W zmaganiach o wiarę i osobistą więź z Bogiem ratunkiem może być tylko „droga do przodu”, czyli upartość i wytrwałość. „Tak, Panie, wierzę, chociaż teraz nic nie widzę i atakują mnie strzały zwątpienia. Chcę wierzyć, bo już doświadczyłem Ciebie, poznałem, że jesteś fundamentem, na którym mogę budować moje życie, który daje pewność i bezpieczeństwo”. To takie przypominanie sobie Światła, które już kiedyś jasno oświetlało moje drogi, a które mówi: „On jest”. Na mojej wierze nakładają się z biegiem lat warstwy zwapnienia, skamieliny i złogi przyzwyczajeń. Należy na nich „skrobać”, by dotrzeć do pierwotnego obrazu, do gorącej lawy żywej wiary.
Szukać Boga – to zadanie całego życia. „Kto szuka, ten znajdzie” – mówi Jezus. Tropić Go wszędzie i we wszystkim: w Jego słowie, w Biblii, w sakramentach, w modlitwie, w każdym człowieku i w sobie, w radościach i w biedzie, w śmiechu i łzach. Za Nim tęsknić i o Nim myśleć i medytować, z Nim i o Nim mówić. Bóg na pewno przyjdzie!
Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

